Stare pieniądze, otwarte muzea i bardzo dobre płaszcze
Wejdź do Kensington każdego ranka, a coś się zmieni. Ulice są szersze niż powinny. Białe stiukowe tarasy są czystsze niż wydaje się to całkowicie naturalne. Parki są nieskazitelne, ambasady dyskretne, a gdzieś w pobliżu mężczyzna w bardzo dobrym płaszczu wyprowadza psa, który również wydaje się mieć na sobie bardzo dobry płaszcz. Nikt się nie spieszy. Nikt nie podnosi głosu. Kawa kosztuje tyle, ile gdzie indziej kosztuje mały posiłek, a o tym też nikt nie wspomina. Kensington to dzielnica, w której nawet gołębie wydają się mieć dobrą postawę, a niepokojące jest to, że po około dwudziestu minutach zaczynasz próbować poprawić swoją.
Oto, co trzysta lat królewskiej bliskości robi z danym miejscem. Wszystko zaczęło się w 1689 roku, kiedy król Wilhelm III kupił skromną rezydencję na zachodnich obrzeżach Londynu, wezwał Christophera Wrena, aby ją powiększył i przeniósł dwór na zachód. Arystokraci poszli w ich ślady. Deweloperzy podążyli za arystokratami. A dzielnica, która wyrosła wokół pałacu, nabrała spokojnej, osiadłej pewności miejsca, które zawsze dokładnie wiedziało, czym jest.
Problem polega na tym, że nie ma jednego Kensington. Są trzy. Ten przewodnik dotyczy ich wszystkich.